Zielonym do góry
Za nami przepiękna majówka. Przyroda zabarwiła się cytrynową, delikatną zielenią. Wokół biało-różowe kwiaty drzew i krzewów, które nie tylko wyglądem, ale i zapachem pobudzają wszystkie zmysły. Zwłaszcza te w wiśniowym odcieniu sakury, oznaczającym w Japonii nadejście wiosny, ulotność życia, piękno i odrodzenie. Coraz więcej motyli dołącza do tej corocznej eksplozji barw. Jedne manifestują swoją obecność, ciesząc nasze oczy, inne prowadzą skryty tryb życia, ledwo widoczne dla wprawnego obserwatora. Wszak ile polskich motyli dziennych może pochwalić się zielonym zabarwieniem skrzydeł? Odpowiedź naprawdę potrafi zaskoczyć.
Sierakowski Park Krajobrazowy skrywa wiele tajemnic. Dzisiejsza opowieść wykracza wprawdzie nieco poza jego granice, ale trudno o niej nie wspomnieć, prezentując przyrodnicze walory regionu. Zwłaszcza że takie miejsca są na mapie Wielkopolski prawdziwą rzadkością. Mowa o śródlądowych wydmach Puszczy Noteckiej, uznawanych za jedne z największych w Europie. Znajdują się one tuż poza granicami Parku pomiędzy Bucharzewem a Chojnem, wcinając się w Puszczę Notecką szerokim na kilkadziesiąt metrów i długim na kilka kilometrów bezdrzewnym pasem, pełniącym funkcję przeciwpożarową.
Wrzosowe Wydmy, będące zarazem nazwą powołanego tutaj użytku ekologicznego, najpiękniej prezentują się późnym latem i wczesną jesienią, gdy zakwitające wrzosy tworzą fioletowe dywany. Wtedy wielu turystów wybiera się tam z aparatem fotograficznym. Dla mnie jednak miejsce to kryje przede wszystkim niezwykłe tajemnice entomologiczne, które najlepiej odkrywać właśnie teraz — w połowie maja.
Bohatera dzisiejszej opowieści z łatwością przeoczyć. By go namierzyć, należałoby chodzić z nosem przy samej ściółce. To właśnie w tym królestwie runa — pomiędzy borówkami i płatami wrzosowisk — fruwa malutki motylek, który skradł moje serce niczym szmaragd.
Mimo że jego rozpiętość skrzydeł nie przekracza 30 mm, jest prawdziwym unikatem na skalę naszego kraju — wszystko przez wyjątkowe, połyskujące zielenią zabarwienie spodniej strony skrzydeł. Mowa o zieleńczyku ostrężyńcu. Mieniącym się klejnocie polskich sosnowych lasów.

Krokiem Fremenów
Wspinając się na rzeczone wydmy można podziwiać widok na ciągnący się po horyzont widok Puszczy Noteckiej. To morze drzew w otoczeniu morza piasku, można odnieść wrażenie, że przenieśliśmy się wręcz na planetę Arrakis — słynną Diunę. Zamiast pustynnych czerwiów spotkamy tu „krwiożercze” mrówkolwy, których obecność zdradzają charakterystyczne dołki w piasku. Gdyby zmienić się w mrówkę lub innego owada podobnej wielkości, analogia do mitycznych bohaterów książek Franka Herberta byłaby w pełni uzasadniona.
Przemierzając te gorące piaski, najlepiej na boso, by doświadczyć ekstremalnych wrażeń niczym z pustyni, spod stóp uciekać nam będą różne stworzenia. Wśród nich trzyszcze: piaskowe, leśne, a nawet polne. Chrząszcze te są najbardziej aktywne przy temperaturze ciała wynoszącej około 37°C. Stopniowy wzrost temperatury otoczenia w ciągu dnia wymusza na nich jednak adaptację. By przeżyć w palącym słońcu, pozbawione „filtraków” owady starają się dotykać rozżarzonego piasku jak najmniejszą powierzchnią ciała — to ich sposób na schłodzenie organizmu. Gdy słońce osiąga zenit, a piasek staje się parzący, trzyszcze unoszą się na nogach niczym na szczudłach. Postawa „na baczność” zmniejsza ryzyko przegrzania, ale ma też inne znaczenie — służy wypatrywaniu ofiar i samic. Z kolei gdy piasek nie jest jeszcze dostatecznie nagrzany, trzyszcze przyjmują postawę odpoczynku, sprzyjającą wygrzewaniu się na słońcu. Chłodne dnie i noce spędzają natomiast w swoich „siczach” — wykopanych w piasku norkach. Są królami swojej małej, wielkiej pustyni.

Jeśli myślicie, że dotrzymacie kroku tym owadzim Fremenom, jesteście w błędzie. Tak jak rdzenni mieszkańcy Arrakis mieli swój charakterystyczny chód, tak sposób poruszania się trzyszczy potrafi doprowadzić do łez — zwłaszcza fotografów. Jak już wiemy, trzyszcze to owady słońca, kochające ciepło. Jednak z perspektywy małego owada pustynny krajobraz jest płaski aż po horyzont. Tu z pomocą przychodzi postawa „na baczność”, podwyższająca zawieszenie chrząszcza, oraz jedne z największych oczu w owadzim świecie, które umożliwiają wypatrywanie ofiar z daleka. Dzięki temu, że są wyłupiaste, trzyszcz ogarnia wzrokiem niemal wszystko, co dzieje się wokół niego. A gdy już wypatrzy cel — biegnie. Biegnie niczym Forrest Gump, najszybciej ze wszystkich owadów naszej planety, osiągając prędkość nawet 0,5 metra na sekundę, czyli mniej więcej prędkość ludzkiego marszu. Doskonały wzrok i zawrotna prędkość sprawiają, że naprawdę trudno go dogonić. Zwłaszcza że przyparty do muru uruchamia wariant ostateczny — skrzydła.
Oprócz ogromnych oczu trzyszcz posiada również potężne żuwaczki. Ostro zakończone, niczym dwa sierpy, nie dają szans ofiarom. Nic więc dziwnego, że w kulturze afrykańskiej trzyszcze z rodzaju Manticora uważa się za symbol śmierci. Pełnią one jednak jeszcze jedną funkcję — podczas kopulacji. Gdy samcowi uda się dogonić partnerkę, chwyta ją mocno śmiercionośnymi żuwaczkami za kark, by spełnić swój obowiązek w stylu nieco sadomasochistycznym.
Zielono mi
Wracając jednak do motyli — o tej porze roku, jeśli dopisze Wam szczęście, na wydmach Puszczy Noteckiej możecie natknąć się także na prawdziwą entomologiczną perełkę — pawicę grabówkę. Dla niej porastające pasy przeciwpożarowe wrzosowiska są idealnym siedliskiem. Tak samo jak dla bohatera dzisiejszej opowieści — zieleńczyka ostrężyńca.

Nie raz i nie dwa przemknie Wam ten niepozorny motyl, wylatując na ścieżkę z boru sosnowego. To Wasza szansa — być może jedyna — by śledzić wzrokiem jego chaotyczny lot i choćby w przybliżeniu zapamiętać miejsce lądowania. Gorzej, jeśli samiec wypatrzy innego samca — wówczas rozpoczyna się powietrzna bitwa przypominająca korkociąg rodem z „Top Gun”. Motyle wzlatują do góry, kręcąc się w kółko i próbując wzajemnie przegonić. Samice są spokojniejsze, trzymają się blisko ściółki. W tym wypadku sukces zależy już wyłącznie od Waszej spostrzegawczości.
Stojąc, klęcząc, a czasem wręcz leżąc z aparatem niemal nosem w sosnowym runie, bardzo łatwo go przeoczyć. Motyl ten nigdy nie rozkłada skrzydeł, a zielony spód idealnie stapia się z otoczeniem. To nie jedyne utrudnienie fotografa — mikroskopijny, słabo kontrastujący obiekt bywa wyzwaniem nawet dla autofokusa, co potrafi solidnie sfrustrować i zmusić do przejścia na manual.
Spotkanie z zieleńczykiem jest nagrodą samą w sobie, ale dla miłośników motyli uwiecznienie go na dobrej fotografii to już zupełnie inny poziom satysfakcji — coś jak zdobycie kła Shai-Huluda.
Spędziłem kilka godzin na fotografowaniu tego wspaniałego motyla, zachwycając się przy okazji okolicznościami przyrody. Mimo że na całym świecie zielonych motyli nie brakuje, w Europie na próżno szukać ich odpowiedników, chyba że wśród ciem – miernik zieleniak! Tym bardziej należy docenić zieleńczyka.


Jeśli jednak uda Wam się zrobić zdjęcie, zobaczycie coś, czego gołym okiem zwykle nie widać — metalicznie połyskujące zielenie, które potrafią dosłownie odebrać mowę. W końcu to jedyny polski gatunek motyla dziennego, który jest naprawdę zielony. Zieleń ozdabia go wyłącznie od spodniej strony skrzydeł. Wierzch zieleńczyka jest brązowy — czasem można go dostrzec, gdy motyl porusza tylnymi skrzydłami w przód i w tył, odsłaniając ciemniejsze barwy.
Opalizujący zielony — podobnie jak niebieski — to barwa strukturalna, związana z rozszczepieniem światła w strukturze łusek. Dzięki temu tak pięknie się błyszczy. To naprawdę wspaniały akcent wczesnej wiosny.
Ulubieniec
Zieleńczyk należy do rodziny Modraszkowatych (Lycaenidae), a więc grupy motyli tworzących różne relacje z mrówkami. Mimo że poczwarka naszego bohatera również leży w ściółce, gdzie potrafi spędzić nawet 10 miesięcy, naukowcy do tej pory nie wykazali — a przynajmniej nie potwierdzili — ścisłych powiązań tego gatunku z mrówkami. To dosyć ciekawe, ponieważ poczwarka wydaje tykające dźwięki, mogące zwabiać te owady. Profesor Marcin Sielezniew w książce „Motyle Polski” nie wyklucza, że mrówki mogą odgrywać jakąś rolę w życiu zieleńczyka, polegającą na przykład na zakopywaniu poczwarki w głębszych warstwach ściółki.

Przyglądając się bliżej biologii samego motyla, wspomniałem już, że większość życia spędza on w postaci poczwarki. Dorosły motyl żyje bowiem bardzo krótko. W zależności od roku lot zieleńczyków przypada na koniec kwietnia i trwa do końca maja, czasem zahaczając jeszcze o czerwiec. Dlatego właśnie teraz jest najlepszy moment, by wyruszyć na jego obserwację.
Jako hodowca wielu gatunków przyzwyczaiłem się do tego, że swoim podopiecznym podaję do zjedzenia liście przeróżnych krzewów i drzew. W przypadku zieleńczyka można jednak powiedzieć, że gąsienice — mimo iż są polifagiczne — mają swoje konkretne upodobania. Młode larwy nie spożywają liści. Żywią się głównie pączkami, kwiatami i młodymi owocami swoich roślin pokarmowych, do których w borach sosnowych należą przede wszystkim borówki — brusznica, czarna czy bagienna, jeśli zieleńczyka będziemy szukać na torfowiskach. Motyl może być spotykany również na innych roślinach, takich jak dereń czy kruszyna. Jednak moje hotspoty zlokalizowane są właśnie w siedlisku boru sosnowego. To tam, na skraju lasów graniczących z wydmami i leśnymi, piaszczystymi duktami, zieleńczyk jest gatunkiem pospolitym, a jego obserwacja sprawia ogromną frajdę.
Bardzo Was zachęcam do wykorzystania tych pozostałych dwóch–trzech tygodni, by na własną rękę odszukać ten gatunek w swojej okolicy. Na pewno znajdziecie go w Sierakowskim Parku Krajobrazowym. Ponieważ motyl występuje tylko w jednym pokoleniu, na kolejne spotkanie z zieleńczykiem przyjdzie nam czekać cały rok. Wśród 48 polskich gatunków z rodziny modraszkowatych zieleńczyk jest jednym z moich absolutnych ulubieńców.
autor: Rafał Śniegocki
