Już za moment Święta Bożego Narodzenia — wyjątkowy czas, na który czekamy z utęsknieniem przez cały rok.
Mimo upływu dekad, postępu technologicznego i narastającego konsumpcjonizmu związanego z tym świętem, jedna rzecz pozostaje niezmienna. Głęboko zakorzeniona w tradycji, obecna w wielu aspektach kulturowych, a przede wszystkim związana z astronomią. Mowa o pierwszej gwiazdce, której co roku wypatrują na niebie tysiące dzieci. Spróbujmy więc rozwikłać zagadkę tego zwyczaju. Zdradzimy także, gdzie najlepiej obserwować to zjawisko.

Grudzień obfituje w zjawiska astronomiczne. W pamięci wciąż mamy jeszcze sierpniowe Perseidy i nocny zapach późnego lata, a tymczasem już na początku grudnia rozpoczął się rój meteorów znany jako Geminidy. To jeden z najbardziej widowiskowych rojów w ciągu roku, którego maksimum przypada na połowę grudnia. W nocy z 13 na 14 grudnia, w sprzyjających warunkach, można dostrzec nawet od 100 do 150 meteorów na godzinę, co czyni to zjawisko jednym z najbardziej spektakularnych na niebie. Te tak zwane spadające gwiazdy można obserwować gołym okiem — najlepiej po północy i z dala od miast, w miejscach wolnych od zanieczyszczenia światłem.
Myślę jednak, że w ferworze przedświątecznej gorączki, zakupowego szaleństwa i wszechobecnego poczucia uciekającego czasu niewielu z nas znalazło chwilę, by zwolnić, zatrzymać się i spojrzeć w niebo — choćby po to, by wypowiedzieć życzenie na widok spadającego meteoru. Takie przekonanie pozostało mi z dzieciństwa. I choć nie należę do pasjonatów astronomii, a moje „gwiezdne” zainteresowania ograniczają się raczej do losów bohaterów z uniwersum Gwiezdnych Wojen, wciąż potrafię odczuć tę samą magiczną aurę towarzyszącą kilkusekundowej obserwacji znikającego na nieboskłonie obiektu.
Warto przy tym dodać, że Geminidy są zjawiskiem nietypowym — nie pochodzą z komety, jak większość rojów meteorów. Ich źródłem jest asteroida 3200 Phaethon, która traci materię podczas zbliżeń do Słońca. Zakładam jednak, że — podobnie jak ja — ten moment przegapiliście. Spieszę więc z informacją, że na tegoroczne Geminidy nie zdążycie się już „załapać”. Pozostaje zatem wypatrywanie 24 grudnia tej gwiazdy, na którą wszyscy czekają — zwłaszcza ci najmłodsi. To jej pojawienie się od zawsze było sygnałem, że można zasiąść do wigilijnej wieczerzy.
Nigdy jednak — ani jako sześciolatek, ani dziś, mając niemal czterdzieści pięć lat — nie zastanawiałem się, czym tak naprawdę jest sławna pierwsza gwiazdka. Kierując się zasadą, że lepiej późno niż wcale, postanowiłem przeprowadzić małe śledztwo, na które serdecznie Was zapraszam.
Dlaczego Wenus?
I tu nastąpił koniec śledztwa, ponieważ okazuje się, że ową mityczną „pierwszą gwiazdką” jest zazwyczaj Wenus. To najjaśniejszy obiekt na niebie po Słońcu i Księżycu, a jej blask potrafi być widoczny jeszcze na tle jasnego, wieczornego nieba. Jako planeta krążąca bliżej Słońca niż Ziemia, Wenus nigdy nie oddala się od niego na niebie zbyt daleko, dlatego obserwujemy ją krótko po zachodzie Słońca lub tuż przed jego wschodem. W okresie świątecznym bardzo często pojawia się nisko nad zachodnim horyzontem, dokładnie wtedy, gdy zapada zmierzch i zaczynają się pierwsze rodzinne wypatrywania gwiazd. Co istotne, jej światło nie migocze jak światło gwiazd, lecz świeci spokojnym, stałym blaskiem — to kolejny powód, dla którego tak łatwo ją dostrzec i uznać za pierwszy zwiastun wigilijnego wieczoru. Paradoksalnie więc „pierwsza gwiazdka” wcale nie jest gwiazdą, lecz planetą, która od wieków, nieświadomie dla wielu, wpisuje się w jeden z najbardziej symbolicznych momentów polskiej tradycji.

Nie ukrywam, że przeżyłem małe rozczarowanie. Spodziewałem się historii zawiłej, wielowątkowej, wymagającej od odbiorcy subiektywnej interpretacji zagadek kosmosu, niczym w moim ulubionym filmie o tej tematyce – „Interstellar”. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Jednakże dorastając w mieście, z narastającym smutkiem obserwowałem, że z roku na rok wypatrywanie gwiazd było coraz trudniejsze. I nie wynikało to bynajmniej z przyczyn naturalnych, lecz z postępującej rozbudowy miejskiej aglomeracji i związanego z nią oświetlenia, bijącego w niebo niczym gigantyczna żarówka. Zanieczyszczenie nieba sztucznym światłem to dziś jeden z poważniejszych problemów cywilizacyjnych — skutecznie odbiera nam widok gwiazd, a wraz z nim coś znacznie więcej niż tylko estetyczne doznania…
Przez kilka lat, prowadząc monitoring sów, miałem okazję regularnie wyjeżdżać poza Poznań na nocne obserwacje. Do dziś pamiętam krajobraz całych konstelacji rozpiętych nad Puszczą Notecką — jakby przeniesionych wprost z innego świata. Stojąc na wydmie, otoczony tysiącami hektarów lasów, wpatrywałem się w niebo, które zdawało się być niemal namacalne. To doświadczenie sprawiło, że coraz częściej „sięgałem gwiazd” — a właściwie po gwiazdy. By marzyć, śnić i poddawać się przyrodniczej refleksji.
Ten niezwykły spektakl rozgrywał się nad Ostoją Ciemnego Nieba „Izdebno–Chalin”, — jednym z nielicznych miejsc w Polsce, gdzie warunki do obserwacji astronomicznych są niemal idealne. W takich miejscach nie tylko „pierwsza gwiazdka” ma szansę odzyskać swój dawny blask. W naszym Regionie mamy to szczęście, iż ostoja ta położona jest na terenie Sierakowskiego Parku Krajobrazowego, a doskonałym punktem do obserwacji astronomicznych jest chociażby polana na terenie Ośrodka Edukacji Przyrodniczej w Chalinie.
Miejsce na Ziemi
Trudno oprzeć się wrażeniu, że wpatrywanie się w niebo ma coś z przepowiedni. Nic więc dziwnego, że wszelkie zjawiska astronomiczne były traktowane przez naszych przodków niczym wróżby. Jako boskie przesłania interpretowano również spadające gwiazdy, niczym wiadomość od bogów. Dopatrywano się w nich także dusz zmarłych, przemieszczających się po niebie. Komety w Starożytnym Egipcie były postrzegane jako zwiastuny katastrof, np. klęsk głodu lub śmierci faraona. Z kolei w Grecji i Rzymie upatrywano w nich gniew bogów, zazwyczaj powiązany ze śmiercią kogoś ważnego. W krajach azjatyckich, np. w Chinach czy Japonii wróżono z ich kierunku i koloru, uważając, że niosą pomyślność lub ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem.
Przytoczę jeszcze jeden przykład, zaczerpnięty od starożytnych Majów. Być może dlatego mam go w pamięci, iż od momentu, w którym starałem sobie przypomnieć historie o przepowiedniach mam przed oczami scenę z filmu „Apocalypto” Mela Gibsona, w którym główną rolę odegrało zaćmienie słońca, ratując głównego bohatera przed nieuchronną, rytualną śmiercią. Dla Majów bowiem astronomia i wróżbiarstwo były nierozerwalne — obserwacja nieba była narzędziem zarówno praktycznym, jak i duchowym, a każde nietypowe zjawisko traktowano jako przesłanie bogów. Każda kometa, każdy wschód Wenus czy koniunkcja planet niosły konkretne przesłanie — ostrzeżenie przed klęską, sygnał sukcesu w wojnie czy wskazówkę dla rytuałów religijnych. Wenus była u Majów niezwykle ważna i często utożsamiana z bogiem wojny Chak Ek’. Jej wschody i zachody były skrupulatnie obserwowane i używane do planowania bitew.
Dziś nie planujemy bitew, choć z pewnością każdy z nas toczy teraz batalie na świątecznych wyprzedażach, wszak bitwy o wymarzone prezenty i świąteczna gorączka wpisała się na stałe w przygotowania do Bożego Narodzenia. Myślę, że patrząc przez pryzmat krzywego zwierciadła każdy z nas znajdzie w tym smutne ziarenko prawdy, w którym z roku na rok coraz bardziej się zatracamy. Nie odbierajmy jednak gwiazdce boskiej interwencji. Wypatrujmy jej wierząc, że kilka sekund spojrzenia w niebo ma moc wywołania magicznego momentu, spełnienia życzenia lub rozpoczęcia tego na co wszyscy czekamy – bliskich spotkań z drugim człowiekiem. To, co dawniej służyło kapłanom jako narzędzie wróżebne, dziś pełni funkcję bowiem emocjonalnego przewodnika, przypominając nam o związku człowieka z kosmosem i o tym, że niebo wciąż potrafi inspirować, zachwycać i łączyć pokolenia — niezależnie od tego, czy patrzymy na Wenus, spadający meteor, czy po prostu na jasną punktową kropkę, która staje się naszą własną „pierwszą gwiazdką”.
I tak jak Majowie wierzyli, że niebo i ziemia są połączone, a zakłócenie porządku niebieskiego wymaga rytuałów, by „naprawić” harmonię, tak w wielkich miastach tej harmonii naprawić się już nie da. Dlatego najlepszym miejscem na wielkopolskiej ziemi, z którego można podziwiać prawdziwą gwiazdkę jest wspomniana Ostoja. Co roku na terenie naszego Ośrodka odbywa się wiele inicjatyw promujących właśnie „ciemne niebo”. Podczas niedawnej wizyty naszych koleżanek i kolegów z Brandenburgii, z gwiezdnego parku Havelland, rozmawialiśmy nawet o certyfikacji tego produktu turystycznego. Czy ma on szansę jednak znaleźć się wśród tych najlepszych w Europie?
Zalicza się do nich według przewodnika Pascala oprócz wspomnianego parku w Niemczech: Park Narodowy Hortobágy (Węgry), Jökulsárlón (Islandia), Park Narodowy Lauwersmeer (Holandia), oraz Dark Sky Alqueva (Portugalia). Z kolei w Polsce za najlepsze miejsce do obserwacji gwiazd uznaje się Izerski Park Ciemnego Nieba oraz Park Gwiezdnego Nieba w Bieszczadach. Myślę jednak, niezależnie od wielkości i rangi, że nie o skalę chodzi najbardziej, ale o emocje, które takie miejsca w nas wywołują. Działania lokalnych samorządów, polegające na projektowaniu w gminach na terenie Ostoi specjalnego oświetlenia, minimalizującego zanieczyszczenie światłem, są pierwszym krokiem w kierunku gwiazd. To dobra praktyka, która powinna zostać zaimplementowana w wielu miejscach, by chronić krajobraz nad naszymi głowami.
Gwiazda gwieździe nierówna
W tym miejscu trudno nie wspomnieć o jeszcze jednym, głęboko zakorzenionym w kulturze skojarzeniu — Gwieździe Betlejemskiej. Choć astronomowie od wieków próbują ustalić, jakie zjawisko mogło stać za biblijnym opisem „gwiazdy prowadzącej Mędrców ze Wschodu”, żadna z hipotez nie doczekała się jednoznacznego potwierdzenia. Wśród rozważanych możliwości pojawiają się komety, supernowe, a także rzadkie koniunkcje planet. I choć Wenus nie jest bezpośrednio wskazywana jako Gwiazda Betlejemska, jej wyjątkowa jasność, widoczność o zmierzchu oraz pojawianie się dokładnie w momentach przejścia dnia w noc sprawiają, że od wieków pełni ona podobną, symboliczną rolę. Jest światłem, które pojawia się jako pierwsze, wyznacza moment przejścia i skupia na sobie uwagę obserwatorów. W tym sensie Wenus — choć pozbawiona religijnego znaczenia — idealnie wpisuje się w potrzebę znaku, sygnału i punktu odniesienia, który od pokoleń towarzyszy świątecznemu oczekiwaniu.

Być może więc nie ma większego znaczenia, czy pierwszą gwiazdką okaże się Wenus, jasna gwiazda czy po prostu nasze wyobrażenie. Ważniejsze jest to, że w tym jednym momencie wszyscy — choć na chwilę — unosimy wzrok znad codziennych spraw i patrzymy w niebo. A to już wystarczający powód, by uznać, że tradycja ta wciąż ma sens, niezależnie od tego, co podpowiada astronomia. Wesołych Świąt!
Rafał Śniegocki
Dyrektor ZPKWW